„Pod nosem nuciło się Danę International i nie można się było tego pozbyć, do dziś pamiętam ten utwór. To był po prostu przebój!”

Renata Dąbkowska

Była wokalistka formacji Sixteen, z którą reprezentowała Polskę w 43. Konkursie Piosenki Eurowizji w Birmingham. Z utworem „To takie proste” zajęli wówczas 17. miejsce. Obecnie związana z grupą Dystans. Pedagog. Prywatnie matka Zuzanny.

Jak to wszystko się zaczęło? Był rok 1998…

Zaczęło się dwa lata wcześniej, kiedy pracowaliśmy nad płytą Sixteen „Lawa”. Ukazała się ona na rynku na przełomie 1997 i 1998 roku, nakładem Universal Music Polska (wtedy Polygram). Szczyt popularności zbiegł się z terminem wyboru artysty na Eurowizję. Byliśmy wówczas bodaj najpopularniejszym zespołem w Polsce. Nasze piosenki, „Obudź we mnie Wenus”, „Spadające myśli” i „Twoją Lawę”, grały wszystkie rozgłośnie. Promocja zadbała o to, by wysłać zgłoszenie do TVP… Albo było inaczej, przecież media są w stałym kontakcie z wytwórniami. Z maila od Ciebie dowiedziałam się, że byliśmy pierwszym zespołem z naszego kraju w tym konkursie! Jednak w czymś byliśmy pierwsi na Eurowizji. (śmiech)

Co się stało, gdy już wiedzieliście, że zostaliście czwartym z kolei reprezentantem Polski? Jak wyglądał czas przygotowań?

Czuliśmy się bardzo wyróżnieni. Dużo było pracy, nagrania, wywiady, artystyczna proza życia, tylko nie tak wirtualnie jak dziś. Wtedy trzeba było jechać w tzw. press tour lub godzinami siedzieć i udzielać wywiadów przez telefon, pamiętam osiem godzin odpowiadania na podobne pytania… Baaaardzo twórcze, na ile sposobów można przekazać tę samą informację, ile zdań można sformułować z użyciem tych samych słów. Mnie jako frontmance towarzyszyły dodatkowo emocje związane z typowo kobiecymi rozterkami. Wybór sukienki, dyskusje z Kasią Kanclerz: krótka, długa… Ona wolała krótką, ja długą. Stanęło na moim, ufff…(śmiech). Zakochałam się w przepięknej, delikatnej, dziewczęcej sukni i przepadłam. Do krótkich kiecek dorastam dopiero teraz. Wtedy wiedziałam, że będę jak spętana. Na szczęście, jak to między dwiema konkretnymi kobietami, które wiedzą, czego nie chcą, wszystko udało się pięknie domówić. I pojechaliśmy.

Jakie były relacje z Telewizją Polską i wytwórnią? Kto nad wszystkim czuwał?

Myślę, że kwestią teledysku zajęła się Telewizja Polska, promocją medialną – Universal. O sprawach formalnych nie mam zbyt dużej wiedzy, na mnie spadł miły ciężar promowania i reprezentacji kapeli oraz zdarzenia.

Jechaliście do Birmingham z dużymi oczekiwaniami czy staraliście się nie kalkulować?

„LWszystkiego się spodziewam i niczego nie oczekuję”, tak odpowiedziałam jednemu z dziennikarzy. I tak naprawdę było. Dla młodej, świeżej na rynku artystki było to miłe, stresujące zaskoczenie i wielka odpowiedzialność w jakimś zakresie, żeby stanąć na świeczniku.

Kto jeszcze Wam towarzyszył na miejscu?

Był z nami Wiesław Pieregorólka, Stanisław Trzciński, Artur Orzech i ktoś z telewizji… Chyba… Tak właśnie pamiętam fakty, jestem osobą od emocji. (uśmiech) Działo się! Na tydzień przed konkursem były próby, wizyty i spotkania integracyjne, w których uczestniczyliśmy. Na miejscu głośno mówiło się o zakładach bukmacherskich, że mamy czwarte, że już trzecie miejsce… Mnie to stresowało, bo nikt chyba nie lubi czuć się jak koń w gonitwie.

To porównanie jest bardzo ciekawe, bo sama Celine Dion, wspominając udział w Eurowizji, mówiła, że wyglądała jak koń i czuła się jak koń, bo jej mąż postawił na nią wówczas przed konkursem niewyobrażalnie duże pieniądze.

Nie wiem, czy mój mąż obstawiał wtedy. Może go zapytam…? (śmiech)

Z czego wynika to, że artyści na Eurowizji czują się czasem jak konie wyścigowe, na które obstawiono spore sumy?

Eurowizja to jeden z niewielu konkursów muzycznych na taką skalę i w takiej formule. Zakłady bukmacherskie są w jego przypadku uwypuklane. Prasa podejmuje dyskusje na ten temat i staje się to nieodłączną częścią wydarzenia. Tak samo jak wpływy relacji polityczno-geograficznych. Jest się w tym zanurzonym czy się chce, czy nie.

Czy to stwierdzenie na wyrost, że nie jest Pani raczej zwolenniczką konkursów?

Po prostu rzadko brałam w nich udział. Eurowizja to był właściwie jedyny, duży konkurs, w którym dotąd pojawiłam się jako uczestnik. W konkursach stresujące jest bycie poddawanym ocenie, jednak to ludzkie obawiać się porażki. Już kilka razy zapraszano mnie do „The Voice of Poland”, ostatnio „Twoja twarz brzmi znajomo”. Dorosłam i może się skuszę. Po cichu czekam na zaproszenie do „Tańca z gwiazdami”, bo kocham taniec. Czasem zasiadam w jury konkursów. Wtedy również przytłacza mnie odpowiedzialność za los młodych artystów, jak wesprzeć i pokierować mądrze ich drogą.

Co najbardziej zapamiętała Pani z udziału w Eurowizji?

Poziom przygotowania tego przedsięwzięcia i profesjonalizm… Będę powtarzać to do znudzenia! (śmiech) W roku, w którym my broniliśmy biało-czerwonych barw, Izrael reprezentowała Dana International, późniejsza zwyciężczyni widowiska. To była nowa rzeczywistość, skandale, plotki, jej pojawienie się zawsze budziło zainteresowanie… Chyba nigdy nie widziałam kobiety, która by tak obnosiła się z kobiecością. To było piękne i intrygujące!

Aż tak?

Po prostu ciekawe! Ja na próbie niekostiumowej pojawiałam się ubrana dosyć zwyczajnie. A tu zawsze były pióra, suknie… Fantastycznie było obserwować tę feerię barw. Nie czułam niechęci w obliczu docierających do mnie informacji na temat fenomenu tej osoby, raczej ciekawość.

Eurowizja 1998 jest uważana za przełomową za sprawą zwycięstwa Dany International, w opinii fanów i dziennikarzy rozpoczęło ono erę nowoczesności, jeśli chodzi o konkurs. Dlaczego w Pani opinii ona wygrała? Czy chodziło o statement, piosenkę, o to, że pierwszy raz zastosowano televoting i Europa chciała pokazać, że jest otwarta i tolerancyjna?

Wynika z tego, że w tym roku wystąpiło kilka odmienności i nowości. Sposób głosowania i ogłaszania wyników bardzo wydłuża widowisko, ale podnosi dramaturgię, opinie bywają skrajne. Może to ciekawość inności zadecydowała o takich notach. Dana była nośnym tematem, zamieszanie wokół wokalistki podobne zaś do tego z Hollywood. Ona była ekscentryczna, pewna siebie, przebojowa i dobrze wiedząca, co chce osiągnąć. Nie pozwoliła ani na chwilę o sobie zapomnieć, media miały ciągłą pożywkę. Chyba jednak sama atmosfera nowości i inności nie wystarczyłaby. Piosenka przygotowana przez Danę brzmiała bardzo eurowizyjnie! Osobiście zakochałam się w propozycji Francji, w chilloutowo-jazzowym utworze, ale pod nosem nuciło się Danę International i nie można się było tego pozbyć. Do dziś pamiętam ten utwór. (śmiech) To był po prostu przebój.

A jaka była atmosfera wokół Polski?

Bardzo przyjazna, piosenka się podobała, była wysoko obstawiana przez bukmacherów, zbierała pozytywne opinie. Otrzymywałam dowody sympatii na każdym kroku, od produkcji, makijażystek; bardzo podobała im się moja suknia. Dobrze się bawiliśmy, poczuliśmy atmosferę wielkiego przedsięwzięcia telewizyjnego i byliśmy jego częścią, bez stresu, pośpiechu i zmagań.

Na próbach byliście typowani do zajęcia miejsca w czołowej „dziesiątce”. Świętej pamięci Terry Wogan, legendarny komentator Eurowizji w ramienia BBC, powiedział o piosence polskiej w trakcie prób, że jest to „ciekawa, etno-folkowa propozycja. Może być nieźle”. Gdzieś z tyłu głowy mogła być w związku z tym presja…

Oczywiście, że była. Wielu miało oczekiwania, czasem przerośnięte, lubimy wierzyć w cuda. (śmiech) Niewiele przychodzi samo, trzeba po to świadomie sięgać i ciężko pracować. Najlepiej dotąd poszło Edycie Górniak, która wykonała rewelacyjnie piękny, estradowy, festiwalowy utwór i to dało efekt. Potem były różne próby. Z tego, co pamiętam, Ich Troje udało się osiągnąć siódme miejsce również z piosenką, mającą ładunek festiwalowy, Michał Szpak zachwycił Europę mocną balladą. Nasza propozycja była lekka, łagodna.

Bardziej radiowa niż festiwalowa?

Myślę, że gdyby „Obudź we mnie Wenus” nie było wcześniej promowane, to mielibyśmy z nią większe szanse na sukces. Wiele osób mówiło podobnie. Przy tworzeniu płyty nikt nie myślał, że pojedziemy na Eurowizję! Trzeba było najpierw wypromować projekt. „Spadające myśli”, potem „Twoja Lawa” zrobiły dużo dobrego, ale „Wenus” – bez teledysku! – zrobiła po prostu najwięcej. Drugiego takiego przeboju nie dało się napisać tak od razu…

Gdy rozważano wybór piosenki na Eurowizję, kto miał na to największy wpływ?

Utwór powstał specjalnie na tę okazję, myślę, że na fali „Wenus” został skomponowany z dodatkiem irlandzkich klimatów, chyba za The Corrs. Liderem był Jarek Pruszkowski, wspólnie z telewizją i wydawcą płyty zadecydowali o wyborze. Szczerze, nie bardzo się tym interesowałam i nie angażowałam zbyt mocno, miałam na głowie promocję medialną, a w sercu mój mały skarb, córkę Zuzannę. (uśmiech)

Jak to wyglądało na miejscu, jeśli chodzi o organizację przygotowań przed konkursem?

Było bardzo profesjonalnie i serdecznie. Każda ekipa miała plan swoich prób (w ciągu tygodnia mieliśmy ich chyba trzy), więc obyło się bez stresu, oczekiwania po nocach, zamęczania opóźnieniami. Na próbę występu mieliśmy 20 minut, potem wizyta w specjalnym pokoju, gdzie zespół i cała ekipa mówili, co jest świetnie, a co chcieliby zmienić. Na kolejną próbę wszystko było poprawione. Nie odczuwało się pośpiechu i ogromu tego przedsięwzięcia. To było wspaniałe doświadczenie! Eurowizja to międzynarodowa impreza, z łączeniami na żywo, z ogromnym zapleczem… Abstrahując od tego, jak ocenimy jej poziom muzyczny.

Czy wciąż jest źle pod tym względem?

To się zmienia! Kilka lat temu wygrał utwór „Heroes”, bardzo nowoczesny i chwytliwy, niebanalny, obstawiłyśmy wtedy z córką bezbłędnie, podobnie jak w 2017 roku. Jest lepiej. Salvador Sobral i jego piosenka… Zakochałam się od pierwszego momentu, w którym go usłyszałam! Co z tym chłopakiem się dzieje, wiem, że miał duże problemy zdrowotne…?

Jest już dobrze, jest po przeszczepie serca i zagrał nawet w tym roku cztery koncerty w Polsce.

To cudownie! Niesamowicie mnie ujął swą naturalnością i muzykalnością, dodatkowo po raz kolejny Eurowizja podbiła moje serce ze względu na to, że taki niszowy artysta został przyjęty, zaproponowany przez rodzinny kraj. Ukłon w stronę wspaniałego talentu! Mam ciarki.

Organizowano Wam czas wolny w Birmingham?

Tak, czuliśmy się jak gwiazdy. Zorganizowano wycieczkę do Warwick, jeśli dobrze pamiętam, wizytę w jakimś klubie, gdzie odbył się koncert kapeli grającej przeboje The Beatles, był też koncert laureatów z poprzedniego roku, czyli zespołu Katrina & The Waves. Wspaniałe wspomnienia. W Warwick gościliśmy w ogromnym średniowiecznym zamku, we wnętrzach którego zorganizowano muzeum figur woskowych, przedstawiające sceny z życia jego ówczesnych mieszkańców. Zrobił na mnie kolosalne wrażenie. Historia, miejsce, powitanie… Był bankiet w podziemiach i zwiedzanie muzeum.

A sam konkurs?

Emocje sięgały zenitu. Widowisko na żywo, napięcie i skupienie na każdej twarzy. Jako artystka przeżyłam tam od początku coś, czego w Polsce jeszcze na taką skalę nie doświadczyłam. Wtedy to mnie powaliło, a myślę, że powinno być standardem.

Sixteen było ostatnim reprezentantem Polski, któremu towarzyszyła na scenie orkiestra. Dyrygował wówczas Wiesław Pieregorólka. Czy wcześniej, jeszcze w kraju, ćwiczyli Państwo „To takie proste” z towarzyszeniem orkiestry czy może wszystkie próby odbyły się tylko na miejscu?

No to jestem szczęściarą. (śmiech) Nie przypominam sobie, żeby takie próby miały miejsce w Polsce, z orkiestrą… Pamiętałabym, uwielbiam jej brzmienie!

Gdy miało już miejsce ogłaszanie wyników, cały zespół siedział w green roomie… Jak jest wtedy z poziomem stresu?

Jeżeli punktów nie ma, pojawia się stres i myśl, że szkoda, bo przecież były oczekiwania, napędzane zakładami bukmacherskimi itd. Nie wiadomo, jak się zachować, jest pewne zakłopotanie, ale to chyba bardzo osobiste odczucie. Sam udział był przecież wielką przygodą.

Miała wtedy Pani swoich faworytów?

Bardzo podobała mi się piosenka Francuzów. Byłam pod jej miłym wrażeniem, czarem. Była to dobra, wartościowa muzyka. Oni otrzymali w głosowaniu zaledwie trzy punkty i było mi chyba smutniej z ich powodu niż z naszego. (śmiech) Tak spontanicznie czułam. Było mi ich szczerze żal, mówiłam: „Dlaczego oni dostali tak mało punktów? Przecież byli najlepsi!”.

Zgodziłaby się Pani z tezą, że Eurowizja może zniszczyć karierę?

Absolutnie nie!

A jednak Eurowizja wciąż jest krytykowana przez rodzimych artystów.

Tak, że archaiczna formuła, sztywność, teatralność, polityka, a Oskary to przecież spektakl mozolnie wyreżyserowany! Dziś chcielibyśmy, żeby wszystko było na luzie, bez spiny, naturalnie, ale pewne miejsca i okoliczności zobowiązują, choćby teatr, opera, rodzinne uroczystości. Przygotowujemy się do tego szczególnie, więc te sytuacje, by były wyjątkowe, powinny mieć swoją szczególną oprawę, od ubrań po zachowanie itd. Wracając do artystów: Ania Jopek, Mietek Szcześniak, Edyta Górniak, Andrzej Piaseczny, cudowni, kochani artyści, którym się nic nie popsuło po Eurowizji, może na chwilę zachwiało ich pewnością siebie, kiedy wrócili do kraju i poczytali komentarze i artykuły. (śmiech) Dziś robią swoje. Ich kariery toczą się dalej, bo po prostu się rozwijają, pięknieją. Traktujemy to jako element naszej pracy. Byliśmy młodzi, zaczynaliśmy…. Wspaniałe doświadczenie i już. Nie wolno szukać winnych, czuć się winnym. Niektórzy podsycają atmosferę krytyki „ja bym nigdy nie wziął(ęła) w takim czymś udziału!”. Już wielu mówiło „nigdy”, a później wiadomo, jak to się kończyło.

Często artyści, którzy w latach 90. reprezentowali Polskę, mówią, że to był pomysł wytwórni.

Zgadza się, często jest to element promocji zespołu, artysty czy płyty. Eurowizja to jednak nośny temat! O tym wydarzeniu się mówi i media tym żyją. Myślę, że formuła konkursu budzi obawę artystów. Jesteśmy wrażliwi, często nieodporni na porażkę, poza tym porównywanie dokonań artystycznych jest kontrowersyjne, każdy przecież szuka swojego stylu, boimy się oceny, to ludzkie. Wchodząc do rzeki pod tytułem show-biznes trzeba mieć jednak świadomość tych aspektów sławy i pracy. Każdy występ czy wywiad może być oceniony, ale jak się powiedziało A… Dziś jest inaczej, mamy Internet, portale społecznościowe, narzędzia, które z zacisza domowego spokoju pozwalają rozpętać niezłą zadymkę medialną, dla nas, wrażliwców, to pomocne, wszyscy mogą odnieść sukces.

Muszę zapytać o jedną rzecz: sam zespół i atmosferę w nim panującą, gdy byli Państwo na Eurowizji.

Spotkaliśmy się z okazji pięknej 25. rocznicy udziału Polski w konkursie Eurowizji, czego nam gratuluję i obyśmy zawsze w tej reprezentacji europejskiej społeczności byli obecni! Nie chcę wspominać smutnych wątków z tamtego okresu, pragnę skupić się na korzyściach i niepowtarzalnych przeżyciach, jakich doświadczyłam. To moje wspomnienia dotyczące samego widowiska i jego oprawy. Wspaniała przygoda, która ma wpływ na całe życie, nie tylko artystyczne. Absolutnie wyjątkowe doświadczenie. Inni artyści byli w takim czy innym miejscu, ale tylko dwudziestu kilku dostąpiło wyróżnienia udziału w Eurowizji. Jeżeli ona będzie się miała dobrze i będzie się zmieniała, to miłe, że w tej historii zapisało się moje nazwisko.

Zdarza się Pani oglądać Eurowizję obecnie?

Niemal co roku! Z bliskimi typujemy wygraną, dwa razy trafiliśmy. Kiedyś było tylko i Opole, i Sopot, i inne wytwory systemu. (śmiech) Dziś jest tego dużo, ale dobrze, że Eurowizja wciąż trwa, rozwija się i otwiera na nowe trendy, ma szanse pozostać w gronie wielkich muzycznych festiwali. Nawet jeśli można już tak wiele osiągnąć wirtualnie, to nic nie zastąpi muzycznego spotkania artystów w realu.

Co Eurowizja zmieniła w Pani życiu?

Całą historię mojego życia! Byłam młodą osobą, początkującą artystką, wiele było nowości, obowiązków i emocji. Myślę, że dzisiaj bardziej potrafiłabym się cieszyć udziałem w Eurowizji i więcej szczegółów bym zapamiętała, ale dzięki fanom Eurowizji, dziennikarzom i archiwom, mogę to sobie z roku na rok odświeżać i uzupełniać. Jestem ziarenkiem, które składa się na obraz historii Eurowizji. Przeszłam chyba wszystkie szczeble rozwoju scenicznego, śpiewałam na szkolnych akademiach, weselach, zabawach, w więzieniu, w restauracjach, pubach, aż w końcu trafiłam na tę międzynarodową scenę. To dla mnie bogate, pozytywne dossier, a jeszcze tyle przede mną…

Dziękuję za rozmowę.

Ja również.

 

Rozmawiał: Konrad Szczęsny