Ci wszyscy, którzy kreowali tę piosenkę na wielki przebój, po powrocie z Eurowizji psioczyli i narzekali. Zrozumiałem, jakie emocje towarzyszą Eurowizji, także te niedobre.

Marek Sierocki

Dziennikarz, konferansjer a także wokalista, od lat prowadzący dział muzyczny w „Teleexpressie”. Od 1998 do 2004 szef redakcji rozrywki TVP1. Pomysłodawca formatu krajowych eliminacji. Laureat Złotego Krzyża Zasługi za zasługi dla rozwoju telewizji publicznej, za osiągnięcia w pracy zawodowej i działalności społecznej. Prywatnie wielki fan piłki nożnej i hiszpańskiej ligi.

O Eurowizji 2001

Jak doszło do tego, że na Eurowizję 2001 pojechała ta, a nie inna piosenka?

Po sukcesie utworu „Bal wszystkich świętych” Budki Suflera na festiwalu w Opolu w 2000 roku Program 1 TVP zaproponował Romkowi Lipko, by to on napisał piosenkę na Eurowizję 2001. Taki utwór powstał i był naprawdę przebojowy. Problemy pojawiły się później. Artystka, której zaproponowaliśmy zaśpiewanie i nagranie tego utworu, nie chciała go nagrać. Kolejnym artystą, któremu zaproponowaliśmy tę piosenkę, był Andrzej Piaseczny. Niestety, nie doszło do nagrania. Z tego, co pamiętam, to panowie się nie dogadali, co do tekstu utworu. Nie mieliśmy piosenki, ale mieliśmy już wykonawcę.

Co się działo dalej? Mieli Państwo wykonawcę, a nie mieli piosenki…

Zacząłem dzwonić po znajomych muzykach i kompozytorach, by coś napisali. Jedyną osobą, która przyniosła naprawdę dobry utwór, był Robert Chojnacki. Tylko jak pogodzić go z Piaskiem? Zaprosiłem ich dwóch do swojego pokoju w telewizji. Początkowo dziwnie na mnie spojrzeli, sami nie patrzyli sobie w oczy, ale z czasem najwyraźniej zapomnieli o swoim konflikcie. Andrzej napisał słowa do piosenki Roberta, TVP wydała singla „2 Long” z polską i angielską wersją, po czym rozesłała go po rozgłośniach radiowych. Najpierw była sensacja w „Super Expressie”, że Piasek i Chojnacki znów są razem. Piosenka przez cztery tygodnie była na szczytach polskich list przebojów. To był naprawdę dobry utwór, Robert skomponował znakomity przebój. Piasek był wszędzie, mówił, że jedzie na Eurowizję w charakterze faworyta.

Jak z tą pewnością siebie było już na miejscu, w Kopenhadze?

Dopiero na miejscu, podczas prób, zobaczyłem, jakie koalicje są tam zawiązane, że my byliśmy tam sami, nie mieliśmy przyjaciół. Maria Makowska, ówczesny sekretarz Redakcji Rozrywki, która od kilku lat brała udziału w spotkaniach dla delegatów, też miała odczucia, że byliśmy dosłownie sami. To był moment, kiedy Eurowizja od strony wizualnej i muzycznej zmieniła się i coraz mniej chodziło o muzykę, a coraz więcej o występ i sensację.

Polska zaliczyła niemałą sensację podczas tej Eurowizji. Futro, które miał na sobie Piasek, do dziś jest często wspominane w polskich mediach.

Futro nie było moim pomysłem. Cały występ, to futro… W Polsce trudno się współpracuje z artystami. Nie wolno artyście zabierać tej autonomii, bo to on kreuje tak, a nie inaczej swój wizerunek. To futro było nieszczęsne… Nie uważam, że ten występ od strony muzycznej i realizacyjnej był zły. Zrozumiałem jednak, że nie jesteśmy lubiani w Europie, że jesteśmy postrzegani jako dziwny naród. Ci wszyscy, którzy kreowali tę piosenkę na wielki przebój, po powrocie z Eurowizji psioczyli i narzekali. Zrozumiałem, jakie emocje towarzyszą Eurowizji, także te niedobre.

Czy z perspektywy czasu żałuje Pan jakiejś decyzji związanej z przygotowaniami reprezentantów Polski na Eurowizję?

Jedyną rzeczą, której żałuję z pięciu lat pracy jako szef Redakcji Rozrywki, to kiedy pół roku przed tamtym konkursem rozmawiałem z Kasią Kanclerz i puściła mi kawałek piosenki „Powiedz” Ich Troje. Powinienem wziąć to nagranie! Michał już wtedy był znakomitym show-manem, niedługo później wygrał festiwal w Opolu i zaczęła się walka, by pojechał na Eurowizję. Osobiście mi zależało bardzo, by pojechał. To był wtedy w Polsce jedyny artysta, który mógłby coś tam osiągnąć.

O Eurowizji 2003

– Wtedy stwierdziliśmy, że nie możemy podejmować takich decyzji w zaciszu gabinetów, by później nie było odpowiedzialności, że tylko jedna czy dwie osoby zdecydowały. Powstał pomysł krajowych eliminacji. Wymyśliłem formułę, koncert z dziesięcioma piosenkami oraz występ gwiazdy wieczoru. Zgłosiły się wówczas naprawdę mocne nazwiska.

– Michał Wiśniewski na miejscu w Rydze na dwie godziny przed koncertem podszedł do mnie i powiedział, że ma wielki stres i trzęsą mu się nogi. Powiedział, że się boi i ma cykora. Zapytał nawet, czy nie mam jakiejś lufki „na odwagę” (śmiech). Kupiłem na lotnisku w Warszawie butelkę whisky, wićc było czym poczęstować artystę. Powiedziałem mu: „Czego się boisz, przecież nie takie koncerty grałeś!” Odpowiedział mi, że to jednak jakaś duża odpowiedzialność. Za chwilę przyszedł Jacek Łągwa i też powiedział, że ma pietra i też potrzebuje jakiejś „lufki”. Nagle zrobiło się jakieś rozluźnienie, ich przyjście bardzo rozluźniło także mnie. Ostatecznie skończyło się na siódmym miejscu, co jest świetnym wynikiem!

O Eurowizji 2004

– Z nimi nie było łatwo. Było czuć, że Tatiana już myślała o karierze solowej, nie chciała się integrować z innymi. Chłopaki chcieli imprezować, ona nigdzie nie chodziła… Mieli zaproszenia na imprezy innych delegacji, z których nie korzystali.

Rozmawiali: Konrad Szczęsny i Szymon Stellmaszyk