Maciej Chmiel

Dziennikarz radiowy i telewizyjny, scenarzysta oraz producent. Na początku lat 90. związany z „Gazetą Wyborczą”, pisał również do „Brulionu” i „Tygodnika literackiego”. W latach 1994-1996 był członkiem redakcji rozrywki TVP i wraz z Andrzejem Horubałą odpowiadał za jej reformę. Pomysłodawca „Fryderyków”. Prowadził także liczne audycje radiowe oraz programy telewizyjne.

Debiut na eurowizyjnej scenie

Szymon Stellmaszyk: Wiemy, że w Telewizji Polskiej znalazł się pan w 1994 roku, ale czy już wtedy był pan zaangażowany w Eurowizję?

Maciej Chmiel: Pracowałem wówczas w „Gazecie Wyborczej”, która miała mocną pozycję dzięki swoim opozycyjnym korzeniom i tworzyła klarowny punkt odniesienia dla wszystkich czytelników. Ferowała wyroki zarówno na płaszczyźnie społeczno-politycznej, jak i kulturowej. Wydaje się, że czytelnicy „Gazety” przyjmowali teksty tam zamieszczone jako ten jedyny, właściwy opis rzeczywistości. Budowało to kariery wielu dziennikarzy, w tym również i moją. Warto dodać, że miałem w tym czasie także swoją audycję w Trójce oraz program w TVP. Na tej fali zostałem zaproszony do Telewizji Polskiej, by wejść w skład komisji, która będzie głosowała na kolejne utwory podczas Konkursu Piosenki Eurowizji 1994. Przewodniczącym komisji był Janusz Kosiński. Usiadłem obok ślicznej młodej dziewczyny, która opowiedziała mi o swoim bogatym wykształceniu muzycznym, a podczas samego konkursu na bieżąco rozpisywała utwory na nuty i oceniała stopień przygotowania artysty. Tą zdolną dziewczyną była Anna Maria Jopek, jeszcze przed debiutem.

SS: Marek Niedźwiecki, także zasiadający wtedy w 16-osobowym jury, opowiadał po latach, że po występie reprezentantki Holandii, żartobliwie zasugerował Annie Marii Jopek przyznanie Willeke Alberti jednego lub dwóch punktów, żeby wnuki ucieszyły się z sukcesu babci. Obecny na sali notariusz zwrócił im uwagę i zagroził wyproszeniem z sali, jeżeli taka sytuacja się powtórzy.

MC: Tego zdarzenia nie odnotowałem. Wiedzieliśmy, że o 21:00 rozpoczyna się telewizyjna transmisja na żywo z Dublina. O 16:00 natomiast rozpoczęła się transmisja próby generalnej dla narodowych komisji jurorskich, podczas której, zgodnie z wytycznymi telewizji irlandzkiej, po każdym występie odbywało się głosowanie, mające także charakter próby generalnej. Przypomniano nam, że nie możemy głosować na polską reprezentantkę. W pewnym momencie na wizji pojawił się Jan Chojnacki, który podziękował organizatorom i poprosił nas o przekazanie naszej przykładowej punktacji. Podczas próby nie wszystko jednak poszło zgodnie z planem, zdarzyły się dwa komiczne incydenty. Sekretarz telewizji rumuńskiej kilkukrotnie podkreślił, że najwyższą notę otrzymuje ich reprezentant, co poskutkowało przerwą i surowym przypomnieniem przez Irlandczyków zasad głosowania. Z kolei główny juror francuski odegrał w studiu paryskim pantomimę z pojawiającymi się nagle zza kadru balonikami i eksplozją śmiechu swoich kolegów.

SS: Konkurs Piosenki Eurowizji w 1994 był przełomowy ze względu na to, że po raz pierwszy przekazywaniu punktów towarzyszyła właśnie wizja. W poprzednich latach łączono się telefonicznie z komisjami jurorskimi, więc nowa formuła głosowania wymagała dodatkowych prób.

MC: Trzeba powiedzieć, że podczas próby generalnej Edyta Górniak zaśpiewała swój utwór po części w wersji angielskiej, co zaskoczyło również zebranych w siedzibie Telewizji Polskiej. Nie wiedzieliśmy wówczas, jak to zostanie potraktowane przez pozostałe komisje. Regulamin konkursu nakazywał wówczas śpiewanie piosenek w języku narodowym.
W Dublinie zaczęło się zamieszanie, co począć z występem Edyty, co myśmy odczuli, oglądając wyniki pierwszych głosowań, już po jej występie w konkursie właściwym o 21:00.

Konrad Szczęsny: Trzy kraje nie przyznały nam ani jednego punktu. Były to: rozpoczynająca głosowanie Szwecja, Grecja oraz Hiszpania.

MC: Wyglądało to tak, jakby Edyta za złamanie regulaminu, za karę otrzymywała niskie noty lub nie dostawała wcale punktów. Moim zdaniem to był ten moment, który zdecydował o tym, że Edyta nie wygrała.

SS: Z biegiem lat sprawa urosła do legendy, ale pamiętajmy, że różnica między zwycięską Irlandią a Polską była ogromna – aż 60 punktów! Osoby z delegacji innych państw, które uczestniczyły w Eurowizji w 1994 roku, opowiadały, że największy problem z angielską zwrotką „To nie ja” miały ekipy z państw skandynawskich, które sztywno trzymają się ustalonych zasad.

MC: Rozumiem punkt widzenia Nordyków. Dla mnie było wtedy jasne, że była to próba pokazania zagranicznym jurorom, jak dobrze nasz utwór brzmi w wersji angielskiej.

KS: Plotek na temat występu Edyty jest więcej. Według jednej z nich, ówczesny menedżer Edyty, Wiktor Kubiak, zasugerował wykonanie utworu po angielsku, by zagraniczni producenci mogli przekonać się, że Edyta nie ma problemów ze śpiewaniem w tym języku. Był pewny sukcesu Edyty i twierdził, że po Eurowizji będzie miała otwarte drzwi na Zachód.

SS: Sama Edyta wspominała kiedyś o bólu gardła i o tym, że mniej obciążała swój głos, śpiewając po angielsku.

MC: Dla mnie ważna jest relacja Jacka Cygana, który opowiedział, że przepisywał tekst utworu wiele razy, by zmniejszyć liczbę głosek syczących i uczynić utwór bardziej przyjaznym dla uszu zagranicznych odbiorców. Tak więc od początku „To nie ja” szykowano jako produkt eksportowy, a Wiktor Kubiak zwyczajnie przedobrzył.

KS: Z kolei kompozytor „To nie ja”, Stanisław Syrewicz, wyznał, że po zaprezentowaniu na próbie utworu z angielskim fragmentem Polska została zdyskwalifikowana i nie pojawiła się na tablicy wyników, a on sam, będąc osobą biegle władającą angielskim, musiał interweniować.

MC: Wracając do ostatecznego wyniku, z jednej strony wszyscy cieszyli się z drugiego miejsca przy polskim debiucie w Eurowizji, ale dla mnie samego, biorąc pod uwagę połączony potencjał Edyty i piosenki, to było jednak rozczarowanie. Byliśmy tak blisko, by zorganizować jako zwycięzcy następny konkurs już w Warszawie, choćby i w Sali Kongresowej. Na drugi dzień po konkursie wybuchła afera – „To nie ja” zostało uznane za plagiat. Stanisław Syrewicz w głównym wydaniu „Wiadomości” odniósł się do zarzutów izraelskiego kompozytora i zapewnił, że utwór został napisany 10 lat wcześniej.

Takie decyzje wymagają odwagi

SS: Jak było w takim razie z Justyną Steczkowską? Justyna – nowa postać na polskiej scenie muzycznej. Wygrała „Szansę na Sukces”. Mówiło się, że Steczkowska też nie była pierwszym wyborem.

MC: Kilka dni po finale w Dublinie zrezygnowałem z pracy w „Gazecie” i zatrudniłem się jako młodszy redaktor w Redakcji Rozrywki Programu 1 TVP. W lutym 1995 r. poleciałem z Andrzejem Horubałą, szefem tejże redakcji, na targi fonograficzne MIDEM do Cannes. Spotkaliśmy się tam z Wiktorem Kubiakiem, który miał nam przedstawić następczynię Edyty Górniak. Weszliśmy do hotelu Majestic i tam, w ostatniej sali kawiarni, w głębokim fotelu, siedziała skulona piękna dziewczyna o wyglądzie egzotycznego, czarnego ptaka. Była to Alicja Borkowska, która rok wcześniej wystąpiła w Dublinie w chórku Edyty. Wiktor był z Alicją w związku, kierował jej karierą, ale – uprzedzając czas – nie ukazała się żadna z dwóch nagranych w Londynie przez Alicję płyt, a i sam związek finalnie się rozpadł. Dlaczego Alicja nie została wówczas reprezentantką Polski? Mogłem to wtedy odczytać z mowy jej ciała – nie była na to gotowa.

SS: Drugą reprezentantką w barwach Polski została Justyna Steczkowska. Co stało za decyzją, że to właśnie ona pojedzie na Eurowizję z utworem „Sama”? Gdy usłyszałem ten utwór po raz pierwszy w prapremierze światowej na antenie Radia Merkury Poznań, miałem nadzieję, że to jakaś wersja robocza i zostanie jeszcze jakoś poprawiony. Po latach uważam, że dzisiaj Justyna Steczkowska z „Samą” mogłaby znaleźć się w czołówce. Środowiska fanów z całej Europy do tej pory pamiętają nasze pierwsze propozycje i uważają je za niezwykle trafione.

MC: „Takie decyzje wymagają odwagi i ja tę decyzję podjąłem.” – tymi słowami Andrzej Horubała, szef redakcji rozrywki w Telewizji Polskiej, skomentował na konferencji prasowej wybór Justyny Steczkowskiej i wybór tego utworu. Justyna pokazała swój talent w programie „Szansa na sukces”, brawurowo wykonując „Boskie Buenos” Maanamu, natomiast wbrew legendzie nic się z nią potem nie zdarzyło, dopóki nie nastąpiła interwencja Andrzeja Horubały, który tak naprawdę swoimi kolejnymi decyzjami spowodował narodziny gwiazdy. I nie była to tylko sprawa wyjazdu na konkurs do Dublina. Po słabym rezultacie na Eurowizji Justyna była znów nigdzie, tyle tylko, że z rozbudzonymi aspiracjami i z kolejnym niezbyt udanym występem na festiwalu w Opolu z własnym zespołem. Tam też nastąpiła interwencja numer dwa, w której brałem czynny udział, czyli przekonanie Grzegorza Ciechowskiego do tego, by został producentem debiutanckiej płyty Justyny, płyty – przypomnę – sprzedanej w stutysięcznym nakładzie.

I wreszcie interwencja numer trzy, czyli zamówiony przez Andrzeja Horubałę osobny program telewizyjny, składający się z wideoklipów duetu Jarosław Szoda i Bolesław Pawica, który to program finalnie zdefiniował Justynę jako gwiazdę. Mówię o tym wszystkim jako o przykładzie mądrej, choć czasem trudnej pracy mecenasa z artystą, o modelowym prowadzeniu talentu przez menadżera z Telewizji Polskiej. To właśnie Telewizja Polska powinna brać na siebie taką rolę – znajdowania talentu i jego konsekwentnej promocji. Sumując, widzicie panowie, że aż tyle musiało się jeszcze wydarzyć, by Justyna finalnie zajęła należne jej miejsce wśród gwiazd polskiej muzyki pop.

Mam w pamięci wspomnianą konferencje prasową, na której ktoś zapytał: „Dlaczego ma to być Steczkowska, nikomu nieznana dziewczyna? Dlaczego ma to być dokładnie ten utwór?”. Drugie pytanie było zasadne, ponieważ problemem tego utworu był fakt, że trzeba go posłuchać kilka razy, by się w nim rozsmakować, a podczas Eurowizji juror i widz mają tylko jedno podejście. Gdy po raz pierwszy odtworzyliśmy w studiu nagraniowym utwór „Sama”, wzbudził on umiarkowany entuzjazm wśród obecnych tam kolegów z branży.

Stawiam jeszcze hipotezę, że wybór Justyny Steczkowskiej mógł być podyktowany również osobistymi pobudkami samego Andrzeja Horubały. Justyna pochodzi z wielodzietnej rodziny, a Andrzej był wówczas ojcem czwórki dzieci. Poza więc samym rozpoznaniem talentu Justyny – a wiem, że Andrzej ma słuch muzyczny, potrafi grać na gitarze – to przypuszczam, że wszystkie te czynniki spowodowały, że wyczuł w tej dziewczynie potencjał. Jak się okazuje, nie pomylił się.

SS: Jak zatem wyglądał konkurs w Dublinie w roku 1995?

MC: Zaczęło się od razu miło, bo po przylocie do Dublina zostaliśmy na lotnisku przywitani tradycyjną kawą po irlandzku, co było dla mnie pierwszą konfrontacją z tym specjałem. Oprócz Justyny i góralskiej sekcji smyczkowej, do Irlandii poleciały również jej siostry, Magda i Krystyna, które towarzyszyły jej w chórku na scenie. Pamiętam, że w trakcie spaceru dublińskimi ulicami uroda sióstr wzbudzała sensację tubylców. Przechodnie komentowali, że to modelki, które przyleciały do Dublina na sesję zdjęciową. Zatrzymaliśmy wówczas ruch na skrzyżowaniu, gdy siostry Steczkowskie spontanicznie zaśpiewały a capella utwór „My Lovin’ (You’re Never Gonna Get It)” zespołu En Vogue.

W pamięci mam również sytuację, o której raczej nie powinienem mówić głośno. W dzień próby generalnej, po przybyciu do Point Theatre, zauważyłem listę z typowaniem dziennikarzy. Niestety, Justyna znalazła się tam na miejscu ostatnim. Nie zastanawiając się ani chwili, zdarłem tę kartkę i schowałem ją do kieszeni. Zrobiłem to w dobrej wierze, ponieważ wiedziałem, że taka informacja może negatywnie wpłynąć na morale naszej wokalistki. Z drugiej jednak strony utwór Justyny Steczkowskiej był jedną z ulubionych konkursowych propozycji ówczesnej prezydent Irlandii, pani Mary Robinson, o czym dowiedziałem się od niej samej podczas oficjalnego przyjęcia Heads of Delegation w rezydencji prezydentów Irlandii. Uwaga, wiem,  że zachwyt pani prezydent mógł być wyrazem konwencji spotkania, ale jak dobrze to wygląda w tej opowieści!

Od strony organizacyjnej zaskoczyła mnie skala przygotowań do konkursu. Nie dość, że na scenie krzyżykami zaznaczano miejsca, w których stali artyści, to jeszcze dokonywano pomiarów wzrostu wykonawców, a wszystko było wyliczone co do sekundy. Byłem pod wrażeniem profesjonalnego podejścia irlandzkiego nadawcy do konkursu. Uważam, że gdyby Edyta Górniak wygrała rok wcześniej, organizacja Eurowizji w Warszawie byłaby trudnym wyzwaniem dla polskiego nadawcy. W planach było nawet zatrudnienie irlandzkiej ekipy, która pomagałaby w kwestiach organizacyjnych.

Ostatecznie Justyna zajęła osiemnaste miejsce. Na drugi dzień po koncercie, w dniu wylotu do Polski, zastukałem do drzwi pokoju Justyny, by przypomnieć jej o godzinie wylotu i muszę przyznać, że nigdy w życiu nie widziałem takiego pięknego bałaganu. Widać w nim było wszystkie emocje, które towarzyszyły Justynie po ogłoszeniu wyników. Tuż przed wylotem dostaliśmy informację z hotelu, że Justyna spędziła kilka godzin, rozmawiając przez telefon z bliskimi z Polski. Na szczęście Maciej Pawlicki jako szef telewizyjnej Jedynki uwzględnił szczególne okoliczności tej nocy i nakazał włożyć ten ekspens w koszty delegacji.

Trzecie podejście – drugie wybory

MC: Tuż po zakończeniu emocjonalnego tornado z Justyną stanął przed nami problem wyboru kolejnej reprezentantki. Reprezentantki, bo mieliśmy wówczas wysyp utalentowanych wokalistek i praktycznie na nich skupiliśmy swoją uwagę. Pamiętam, jak we trzech: Andrzej Horubała, Andrzej Witkowski i ja poprosiliśmy znaną z musicalu „Metro” Violę Brzezińską o zaimprowizowany koncert a’capella w małym mieszkaniu obok Pałacu Kultury. Chcieliśmy być konsekwentni w promowaniu debiutantek. O decyzji dalszego poszukiwania zdecydował zdaje się głos Andrzeja Witkowskiego, który od lat pracował w Jedynce, a obydwaj z Andrzejem Horubałą ceniliśmy go za muzyczne ucho i własne zdanie.

Wróciliśmy więc w końcu do wytwórni płytowych i tam najrozsądniejsza wydawała się propozycja Andrzeja Puczyńskiego z Polygramu, który miał gotowy premierowy utwór i chciał poprzez Eurowizję wesprzeć karierę Kasi Kowalskiej.

Nie wszyscy jednak wiedzą, że konkursowa piosenka „Chcę znać swój grzech” nie była początkowo brana pod uwagę. Tym razem jako Telewizja chcieliśmy być odpowiedzialni tylko (i aż) za wskazanie wykonawcy oraz za zatwierdzenie utworu, a kwestiami formalnymi miałaby się zająć wytwórnia. Zaczęło się jednak od problemu. Tydzień po ogłoszeniu Kasi Kowalskiej jako naszej reprezentantki, odwiedził nas Andrzej Puczyński z informacją, że nie jest w stanie porozumieć się z muzykiem, którego kompozycja miała pojechać do Oslo. Ze względu na napięcia na linii kompozytor-wytwórnia oraz na zbliżający się termin zgłoszenia piosenki, zdecydowaliśmy się ostatecznie na „Chcę znać swój grzech”.

SS: 41. Konkurs Piosenki Eurowizji w 1996 r. był wyjątkowy ze względu na międzynarodowe wewnętrzne „preselekcje”. Wzięli w nich udział wszyscy nadawcy, którzy mieli wybrane utwory i wyrazili chęć uczestnictwa w Eurowizji. Tylko 22 państwa spośród 29 mogły zaprezentować swoje utwory na jednej scenie razem z gospodarzem konkursu, Norwegią. Co ciekawe w tym głosowaniu przed właściwym konkursem Kasia zajęła takie samo miejsce (15.), jak w Oslo.

KS: Kasia Kowalska zawsze podkreślała w wywiadach, że z Konkursem Piosenki Eurowizji w Oslo kojarzy dwie rzeczy: stres związany z samym występem oraz strach przed lataniem, co wiąże się z lotem w czasie burzy z piorunami podczas powrotu do Polski. Do dzisiaj konkursowy występ z utworem „Chcę znać swój grzech” jest jedynym wykonaniem w całej karierze Kasi Kowalskiej.

Eurowizja: królestwo kiczu czy przegląd trendów?

SS: Ma pan za sobą dwa lata pracy przy dwóch kolejnych reprezentantkach Polski, ale chcę wrócić do czasu, zanim znalazł się pan w telewizji. Jakie były wówczas pańskie wyobrażenia na temat Konkursu Piosenki Eurowizji? 

MC: Nie miałem uprzedzeń do konkursu i, szczerze mówiąc, z lekkim poirytowaniem czytam co roku artykuły, których autorzy uznają Eurowizję za synonim kiczu i obciachu. Nie zgadzam się z takim podejściem i uważam, że jest to niepowtarzalna okazja, by zapoznać się ze zmieniającymi się trendami w pewnej niszy muzycznej. Czasami są to utwory na granicy lub przekraczające granicę kiczu, ale jest to w dalszym ciągu element popkultury. Z drugiej strony trzeba docenić utwory na wysokim poziomie artystycznym. Dla małych krajów, które nierzadko były doświadczane przez historię, udział w konkursie jest kwestią honoru narodowego. Konkurs Piosenki Eurowizji można porównać do mistrzostw kontynentu, polegających na napisaniu trzyminutowego utworu, który zaprezentuje narodowy charakter. Za przykład można podać kraje bałkańskie, które świadomie rezygnowały z podążania za trendami i konsekwentnie przedstawiały elementy charakterystyczne dla ich kultury.

KS: Warto w tym kontekście przytoczyć zwycięski i jednocześnie minimalistyczny występ Norwegii z 1995 – utwór „Nocturne” duetu Secret Garden.

MC: Świetny przykład.

SS: Skoro mowa o tworzeniu się historii, warto wspomnieć o formacji Riverdance, która podczas Eurowizji w 1994 r. w Dublinie wystąpiła w trakcie przerwy pomiędzy występami a prezentacją wyników. Prezentujący tradycyjny taniec irlandzki zespół został specjalnie stworzony na potrzeby występu artystycznego w ramach konkursu i do tej pory występuje na całym świecie.

MC: Dlatego też uważam, że Konkurs Piosenki Eurowizji należy traktować wielowymiarowo. Z jednej strony jest on emanacją ambicji narodowych, a z drugiej strony jest refleksem  tendencji w muzyce popularnej, co w połączeniu daje nam ciekawy spektakl, gdzie zdarza się, że występy na granicy kiczu przeplatają się z doświadczeniem obcowania z wielkimi talentami i pięknymi melodiami.

Rozmawiali: Szymon Stellmaszyk i Konrad Szczęsny

Na wyraźną prośbę p. Macieja Chmiela załączamy również treść e-maila, którego wysłał do p. Aliny Dragan, dziennikarki a prywatnie swojej koleżanki oraz Szymona Stellmaszyka po naszym spotkaniu jesienią 2017 roku (zachowujemy pisownię oryginalną).

„Dziękuję Ci Alino za kontakt z Szymonem Stellmaszykiem i jego Menadżerem, yes, he has one, as the true star should have.

Wczoraj odbyliśmy spotkanie w Hali Koszyki od 18:55 do 22:22.

Temat: Eurowizja

Sytuacja typowa:

Panowie zamawiają krem z pomidorów, włączają nagrywanie w swoich smartfonach (z wyglądu i mnogości funkcji sądząc, są to prototypy, które dopiero wejdą do sprzedaży w przyszłym roku) i zadają pierwsze pytanie:

– jak wyglądała Pana praca w komisji eurowizyjnej w 1994 roku?

Ja: zaczynam opowiadać, co trwa kilka minut. Podchodzi kelnerka i zwraca się do obydwu Panów:

– Dlaczego Panowie nie jedzą? Coś nie smakuje?

– Nie, nie, po prostu się zasłuchaliśmy.

Ja: wewnętrznie dopieszczony, ego rośnie, ależ jestem kurcze świetnym narratorem i tak jeszcze wszystko pamiętam, jak by to się wczoraj zdarzyło…

I w tym momencie Panowie, najpierw spoglądają porozumiewawczo na siebie, po czym przybierają surowy wyraz twarzy i zaczynają z kolei oni mówić:

„To nie było „gdzieś w maju” tylko 30 kwietnia, przybył Pan do gmachu TVP nie „późnym popołudniem”, tylko o 14:07. W komisji nie zasiadało „jakieś osiem osób” tylko dokładnie dwadzieścia, a Anna Maria Jopek siedziała po Pana lewej, a nie prawej stronie”.

Ja: widelec od spaghetti wypada mi z ręki i toczy się z głuchym dźwiękiem po podłodze, z trudem przełykam ślinę, robi mi się duszno, rozmowy przy sąsiednich stolikach przycichają, a przede mną dwie pary rozjarzonych emocją oczu:

„Może się Pan jednak bardziej skupi na swojej opowieści”. To Menadżer.

„Szymon przywiązuje dużą wagę do szczegółów. I strasznie nie lubi takich zapominalskich bajkopisarzy, jak Pan”.

Także bardzo Ci jeszcze raz dziękuję Alino za ten kontakt, a tylko dzięki zastosowaniu technik przetrwania, których uczył mnie jeszcze kiedyś w Leśniczówce Cesco, przetrwałem tę konfrontację i na miękkich nogach dotarłem do do domu, gdzie od razu w przedpokoju położyłem się  skrajnie wyczerpany, by dojść do siebie.

Ja w swej naiwności myślałem, że spotkam fanów konkursu piosenki a tymczasem są to Deadly Eurovision Ninja Twins.

I nie ma z nimi żartów.

Regards:

Chmiel”