Jak wylądowaliśmy na ziemi, to płakaliśmy, bo żegnaliśmy się z życiem na pokładzie

Anna Serafińska

Wokalistka jazzowa, ukończyła Akademię Muzyczną w Katowicach. Jest także uznanym pedagogiem w zakresie wokalistyki. Nagrała pięć solowych płyt. W 1996 roku wspierała wokalnie w chórkach Kasię Kowalską, reprezentantkę Polski na Eurowizji

Jak w ogóle doszło do tego, że otrzymała Pani propozycję udziału w Eurowizji 1996 jako chórzystka Kasi Kowalskiej?

Z tego, co pamiętam, to po mnie i po Dorotę Miśkiewicz zadzwonił Wiesław Pieregorólka, który był kierownikiem muzycznym całego przedsięwzięcia. Jechaliśmy tam jako jazzmani, bo był też Bogdan Hołownia na fortepianie, Adam Cegielski na kontrabasie. Zależało nam, by utrzymany był charakter piosenki. W tamtym czasie prowadziłam rozmowy w Universalu na temat swojej płyty, więc myślę, że zaproszenie mnie do udziału w Eurowizji nie było zupełnie przypadkowe, bo Wiesław również był związany z tą wytwórnią. Myśmy byli na miejscu z szefem Universalu, czyli z Andrzejem Puczyńskim.

Jak wspomina Pani swój udział w Eurowizji 1996?

To było moje pierwsze doświadczenie, kiedy zderzyłam się z tak potężną organizacją, z konkursem transmitowanym na żywo między wieloma państwami. Byłam pod wrażeniem pracy ludzi na miejscu. Wśród nich znajdowali się nie tylko specjaliści w dziedzinie telewizji, ale też bankowcy czy ludzie z innych zawodów zewnętrznych, którzy mieli doprowadzać nas, członków delegacji danego kraju, z punktu A do punktu B, o danej godzinie, w dane miejsce. Dla mnie to było nie do pomyślenia, bo u nas w tamtym czasie nikomu by się nie chciało wykonywać takiej pracy. Ci ludzie podejmowali się prozaicznych zadań, od których wynikało powodzenie całej akcji, a do tego robili to z uśmiechem na twarzy.

Na miejscu zapewne organizowano Państwu czas wolny.

Mieliśmy fantastyczne spotkania, wycieczki, zabrali nas na fiordy, byliśmy w Muzeum Wikingów, byliśmy na jednej z tamtejszych skoczni. Byliśmy tam wiele dni przed finałem, jeździliśmy całymi ekipami, w kilka państw naraz. Zapewniono nam wiele atrakcji, które służyły nie tylko integracji, ale też poznaniu miejsca, do którego się zjechaliśmy. Jeśli chodzi o próby, to były nie tylko te oficjalne w hali, ale także zapewniano nam miejsca do przećwiczenia się poza oficjalnym rozkładem prób, żeby można było sobie wszystko powtórzyć. To były zwykłe szkoły z pianinem, ale jednak było to dobrze przemyślane. Mieliśmy ściśle rozplanowany harmonogram prób, co do minuty. Teraz też się tak pracuje, ale obecnie i tak czasami zdarzają się tzw. obsuwy, ale tam nie przypominam sobie, by takie coś miało miejsce. Tak musieli dopilnować tego, by wszystko poszło zgodnie z planem, bo były inne umowy, inne odpowiedzialności na skalę światową, bo ktoś mógłby powiedzieć, że nie wygrał, bo miał za krótkie próby itd.

Tak poziom organizacji był zapewne dużym szokiem dla polskich muzyków i artystów, przyzwyczajonych do nieco mniejszej profesjonalizacji działań w przypadku festiwalu w Opolu czy w Sopocie…

U nas nie było takiej tradycji, dlatego tym bardziej byłam zaskoczona, że to tak działa. Obecnie ludzie się nauczyli takiego myślenia, każdy jest wyuczony tego, jak to robić, musi być logistyka, przemyślenie, natomiast kiedyś tak nie było…

Pamięta Pani jakieś szczególne wydarzenie, związane z Eurowizją 1996?

Sponsorem imprezy był Ericsson, stamtąd po raz pierwszy dzwoniłam z telefonu komórkowego do Polski. Byłam pod wrażeniem, bo myśmy tego w Polsce nie znali. Spotkaliśmy się z wieloma Polakami, którzy mieszkali tam na co dzień. Artystyczna część artystyczną częścią, ale obok istniało życie towarzyskie, które było wypełnione po brzegi. Spotykaliśmy się z ludźmi, którzy wyjechali z kraju już lata temu, ale te kontakty się nie utrzymały. Z anegdot pamiętam, że sukienka Kasi przysparzała nam wielu problemów, bo trzeba było ją ciągle prasować czy wyżej postawić itd.

Jakie emocje towarzyszą Pani, gdy wspomina udział w konkursie?
Ucieszyłam się z propozycji, którą otrzymałam, później ćwiczyliśmy, później był wylot, byłam zafascynowana tym, jak to wygląda. Zaskakiwało mnie wiele rzeczy na miejscu, to wszystko oddziaływało na nasz nastrój. Po Eurowizji wróciliśmy do swoich spraw, do swoich obowiązków.

Jak przyjmowano na miejscu Kasię Kowalską i jak oceniano utwór „Chcę znać swój grzech”?
To była bardzo poważna piosenka, która dostarczała dużo przeżyć. Ona się podoba ludziom. Była zauważona, Kasia była dobrze przyjmowana, piosence wróżono sukces. Być może nikły stopień festiwalowości tej piosenki spowodował taki wynik. Wtedy jednak te konkursowe piosenki były takie… piosenkowe. Teraz są produkcje w klimacie show, tylko po to, by kawałek refrenu został. Kiedyś stawiano na spektakl, wtedy skupiano się na piosence.

Czy w związku z udziałem w Eurowizji towarzyszyły Pani i p. Dorocie Miśkiewicz nerwy?

Miałyśmy łatwe zadanie, bo miałyśmy zaśpiewać to, co dostałyśmy do zaśpiewania. Podeszłyśmy do tego zadaniowo. Nie na nas spoczywała presja dobrego zaprezentowania się, więc miałyśmy lepsze humory. Myśmy jechały tam wspierać wokalnie koleżankę, takie było nasze zadanie. Wraz z muzykami znaliśmy się już wcześniej, więc mogliśmy się powygłupiać, było wesoło. Kasia niby uczestniczyła, ale miała też inne obowiązki niż my, bo np. musiała uczestniczyć w konferencjach, reprezentowała firmę fonograficzną. Niby spędzaliśmy czas razem, ale my mogliśmy odpoczywać, a ona miała więcej obowiązków.

Zapewne Kasi Kowalskiej towarzyszyła duża presja…

Kiedy dzieją się takie sprawy patriotyczne, jednak przychodzi moment świadomości, że reprezentuje się dany kraj i że chce dać się z siebie jak najwięcej. To nie był występ, który traktowaliśmy na zasadzie: wystąpić i wrócić do domu. Wszyscy chcieliśmy, by to wyszło jak najlepiej. Później było oczekiwanie na wyniki, oglądaliśmy występy innych uczestników, kibicowaliśmy sobie nawzajem. Jak się człowiek znajdzie w takim sztucznym tyglu, to jednak czuje się taką niezwykłą atmosferę. Pamiętam to pozytywnie, ale domyślam się, że ci, którzy walczą na pierwszej linii, mogą mieć inne wspomnienia i odczucia.

Pamięta Pani, jak Kasia zareagowała na swój wynik?
Nie pamiętam, żeby odczuwała żal. Na pewno jakieś wrażenie to na niej zrobiło, bo jednak człowiek staje w jakieś szranki konkursowe, by coś z tego było. Nie pamiętam jednak, by wynik wywołał w niej rozpacz.

Właściwie jedynym wspomnieniem artystki po latach było to związane z feralnym lotem powrotnym do Polski. Miał on być traumatyczny, samolot wpadł w burzę gradową (według innych wersji: dziurę powietrzną).

Tego lotu się nigdy nie zapomni. Stewardessy mówiły nam, że pilot po raz pierwszy coś takiego przeżył. Jak wylądowaliśmy na ziemi, to płakaliśmy, bo żegnaliśmy się z życiem na pokładzie… Pikowaliśmy w dół, osoby o słabszych nerwach wymiotowały, musiały być im podawane leki. Widać było, że pilot nie radzi sobie z tą sytuacją. Ostatecznie sobie poradził, ale wychodziliśmy z pokładu w milczeniu… Sama jestem maniaczką latania, ale po tym locie przez półtora roku nie byłam w stanie patrzeć na samoloty, bo to było potężne doświadczenie. Miałam dużą ostrożność.

Często powraca Pani myślami lub w rozmowach ze znajomymi, w tym z Kasią Kowalską, do maja 1996 roku w Oslo?

Po Eurowizji nie rozmawiałyśmy nigdy o tym konkursie. Wszelkie emocje związane z Eurowizją przynależały do Eurowizji, ale jak ona się zakończyła, to zakończył się też temat. Nie było powodu, by wracać do tego tematu, bo też nie było też jakiejś rażącej niesprawiedliwości, więc też nie było potrzeby komentowania i rozpamiętywania. Pamiętajmy też, że spędzałyśmy czas osobno. Co innego z Wiesiem Pieregorólką, z którym do dzisiaj sobie wspominamy jakieś anegdoty z pobytu w Oslo, do dzisiaj to pamiętamy.

Nigdy nie myślała Pani o udziale w konkursie jako solistka?

Nigdy się nie biłam o Eurowizję, bo wydawało mi się, że mój repertuar nie przystawał do tego typu konkursów. Natomiast w Oslo przeżyłam wspaniałe doświadczenie.

Rozmawiał: Sergiusz Królak