Wiktor zaproponował Edycie, by zaśpiewała po angielsku!

Alicja Borkowska

Wokalistka i aktorka. W latach 90. związana z Teatrem Buffo, przez kilka lat mieszkała w Londynie. Żona Wiktora Kubiaka, m.in. pierwszego managera Edyty Górniak. Związana była również z dziennikarzem muzycznym, Robertem Leszczyńskim. Jako jedyna Polka w 1994 roku wspierała wokalnie w chórkach pierwszą polską reprezentantkę na Eurowizji.

Jak wspomina Pani pobyt w Dublinie w 1994 roku?

To było wszystko fantastycznie zorganizowane: każdy wiedział, co w którym momencie robić, gdzie ma być, byli też ludzie, którzy chodzili za każdym artystą i pilnowali, żeby był tam, gdzie powinien. Oczywiście, u nas była nerwowa atmosfera, chociaż u mnie nie do końca, bo miałam tam nie występować, bo byłam tylko osobą towarzyszącą, ale potem okazało się, że irlandzki chórek nie umiał się dogadać, nie potrafił wypowiedzieć słowa po polsku. Powiedziano mi, że mam wejść na scenę i zaśpiewać. Przeraziło mnie to, bo wcale tego nie chciałam, bo mieszkałam wtedy w Anglii, a tam uważało się Eurowizję za obciach. Zresztą, do dzisiaj tak jest. Mówiłam, że nie chcę, że nie pójdę, ale mówiono mi, że jeśli nie wystąpię, to będzie źle. To była oczywiście bzdura, ale się zgodziłam. Pamiętam, że nawet nie miałam się w co ubrać! Mieszkałam wtedy w Anglii, byłam żoną Wiktora [Kubiaka, ówczesnego managera Edyty Górniak – przyp. red.], a do Dublina pojechałam, towarzysząc mężowi. Byłam prywatną osobą, ale „To nie ja” w sumie znalazło się na Eurowizji dzięki mnie, bo dostałam pakiet piosenek, które miałam przesłuchać. Przy „To nie ja” powiedziałam, że ta piosenka nie jest dla mnie, natomiast słyszałam, że Edyta szukała czegoś, bo jej zaproponowano występ. Ta piosenka była szeroka, festiwalowa, oryginalnie z angielskim tekstem. Ja bym nie zaśpiewała tej piosenki w taki sposób, w jaki zaśpiewała Edyta.

Czy kiedykolwiek otrzymała Pani propozycję udziału w Konkursie Piosenki Eurowizji?

Nigdy nie było propozycji, bym wystąpiła na Eurowizji. Ja przez lata nie śpiewałam, bo jak zamieszkałam w Anglii, to przestałam. Początkowo Wiktor namawiał mnie do śpiewania, ale później przestał.

Pamięta Pani kontrowersje związane z polskim występem w Dublinie?

Samego występu nie pamiętam, ale na pewno nie był dla mnie aż tak stresujący, bo to nie była moja odpowiedzialność. Wiem, że był skandal na próbie. Byłam przy tym, byłam przy każdej próbie, bo byłam żoną Wiktora Kubiaka. Angielski jest łatwiejszy do śpiewania, chociaż Jacek Cygan napisał ten tekst bardzo sprawnie i specyficznie, by nie było żadnych polskich znaków. Każda linijka była dyskutowana z Wiktorem, by wszystko było miłe dla ucha, by nie było szelestów i tak dalej. Ten tekst był wypieszczony, ale jednak po angielsku śpiewało się łatwiej. W pewnym momencie Wiktor zaproponował Edycie, by zaśpiewała po angielsku. Była namówiona do tego, ale to była zła decyzja, niestety, bo groziła jej dyskwalifikacja. Ostatecznie kilka krajów ją zbojkotowało. Gdyby nie to, to wygrałaby wszystko w cuglach. Niestety, była do tego nakłoniona…

Jak w stolicy Irlandii zachowywała się Edyta Górniak? Towarzyszył jej stres?

Była tak zakręcona, że chyba z nikim nie rozmawiała. To był sam jej początek, była bardzo przejęta, zresztą jest do dziś. Robiła to, co miała zrobić, nie myślała, czy tak jest lepiej, czy tak. Robiła to, co jej kazano. Uznała, że ktoś wie lepiej, co ma robić. Wiedziała, że zaśpiewa najlepiej, ale ta próba przekreśliła jej szanse. Uważam, że ten bojkot był z zawiści i zazdrości, bo było wiadome, że jest czarnym koniem. To nie powinno mieć znaczenia, bo to była tylko próba, ale jednak próba transmitowana do wszystkich krajów.

A pamiętam Pani zachowanie innych delegacji i osób obecnych na miejscu względem reprezentantki Polski?

W czasie prób nikt się tym nie zajmował, bo każdy zajęty był sobą. Po występie reprezentanci z innych krajów podchodzili do niej i jej gratulowali. Gratulował jej też Michael Flatley z Riverdance. Nie było rywalizacji, nie było zawiści. Pamiętam, że atmosfera była naprawdę przyjazna. Wiadomo, że podczas prób każdy był zajęty sobą, nie było integracji, ale skupienie na próbach.

Czy na miejscu organizowano uczestnikom czas wolny, na przykład spotkania integracyjne?

Po próbach nie pamiętam spotkań integracyjnych, bo raczej było napięcie i skupienie. Nie przypominam sobie integracji między uczestnikami. Jeśli nawet coś takiego było, to bardziej Edyta się prezentowała i brała udział w różnych imprezach, a nie ja.

Samo siedzenie w green roomie, oczekiwanie na wyniki i podawanie kolejnych punktów – jak to Pani zapamiętała?

W green roomie się nie rozmawiało, tylko czekało się na kolejne wyniki. Oczywiście, był zawód, bo na Eurowizji liczy się tylko pierwsze miejsce, a nie drugie czy trzecie. Przy Edycie okazywało się, że albo dostawała 12 punktów, albo nie dostawała wcale od tych krajów bojkotujących… Spokojnie by wygrała. Niestety, była to zła decyzja menedżerska… W ogóle się w to nie włączałam, bo ta decyzja padła, zanim się dowiedziałam, że będę musiała wejść na scenę i zaśpiewać. Nie czułam się do tego uprawniona, to nie ja byłam artystką, która miała wystąpić.

Do dziś istnieją spekulacje, że Edyta przed Eurowizją negocjowała podpisanie kontraktu z wytwórnią z Londynu…

Co do Londynu, tak, były rozmowy, więc Wiktor twierdził, że warto zaśpiewać po angielsku. Nie wydaje mi się, żeby Edyta sama się na to zdecydowała. Nie miała skłonności do takiego ryzyka. Tu akurat był strzał w stopę. I tak się ją pamięta. Była jedną z ciekawszych postaci w historii Eurowizji. To wykonanie było bardzo dobre, nie zestarzało się…

To opinia, która powtarza wielu fanów, także z zagranicy…

To był jeden z najlepszych występów Eurowizji w ogóle. Jej występu nie da się zdyskredytować, czegokolwiek bym nie myślała o niej prywatnie. Miałyśmy zawsze inne relacje, bo byłyśmy razem w „Metrze”. Czułyśmy się trochę jak w rodzinie, czyli że i tak, i tak byłyśmy na siebie skazane, że mogłyśmy się lubić czy nie, ale i tak tworzyłyśmy jedną całość. I koniec, kropka. Nie zastanawiałam się, czy ją lubię, czy nie, po prostu musiałyśmy spędzać ze sobą czas. Lubiłam chodzić z nią na zakupy, nigdy nie marudziła, zawsze przymierzała to, co kazałam jej przymierzać.

Czy w stolicy Irlandii również chodziły Panie na zakupy?

W Dublinie nie było czasu na zakupy. Pamiętam, że ówczesny ambasador Polski w Irlandii, Ernest Bryll, zaprosił nas do siebie. Wspólnie spacerowaliśmy po Irlandii. Było też przyjęcie polskie w ambasadzie, ale poza tym nie mieliśmy czasu na imprezy czy spotkania, bo cały czas spędzaliśmy na próbach.

Miała Pani jakiś kontakt z dwiema pozostałymi chórzystkami?

W tej całej nerwowości nie zapamiętałam, kim są te irlandzkie chórzystki. Nie chciałam tam wystąpić, one trochę nieczysto śpiewały… Musiałam się dostroić do nich. Nie zapisały się też niczym specjalnym w tamtym momencie.

Jakie są obecnie Pani relacje z Edytą Górniak?

Z Edytą jest chimerycznie, więc wiadomo, że nawet nie szukam z nią kontaktu. Miałam swoje lata kontaktów z nią, teraz niech inni się męczą.

Jak Pani sądzi, dlaczego w ciągu 25 lat nikomu nie udało się powtórzyć sukcesu Edyty Górniak z Dublina?

Poza Edytą nasi reprezentanci mają słabe piosenki, a ich występy są przekombinowane. Eurowizja to festiwal, a na festiwalu śpiewa się piosenki łatwe, a nie za bardzo ambitne… Trzeba mieć też osobowość diwy, wylewać się z ran. To musi być ktoś, na kogo od razu odwraca się oczy. Poza Edytą nikt nie był taki przyciągający.

 

Rozmawiał: Sergiusz Królak